Brytyjskie jaskółki nad La Manche
Tak naprawdę to wszystko nie ma znaczenia. Podobnie jak zapowiadana na jutro deklaracja o nowej koncepcji utworzenia unijnego budżetu. Wszystkie te ruchy mają tylko na celu wysondowanie sytuacji przed szczytem, sprawdzenie, w jakim kierunku sprawy mogą się potoczyć. W tym sporze nie chodzi bowiem o wysokość budżetu, czy wielkość składki członkowskiej poszczególnych krajów. Chodzi o sprawy najważniejsze, o zbudowanie fundamentu istnienia wspólnoty. Londyn zrezygnuje ze swego rabatu, jeśli Paryż zgodzi się zmienić wspólną politykę rolną. To właśnie impas w tej sprawie uniemożliwia do tej pory przyjęcie budżetu.
Najbliższy szczyt będzie decydujący. Wielka Brytania zachowa się jak kraj wielki, jeśli zrezygnuje z całego (albo przynajmniej z dużej części) swego rabatu, spychając w ten sposób do opozycji Francję. Ten gest byłby wyraźny, nikt nie miałby wątpliwości, że to Londynowi dużo bardziej zależy na przyszłości wspólnoty niż Paryżowi. Problem w tym, że premier Blair wcale nie musi się tak zachować. Wielka Brytania zawsze podkreślała swą "splendid isolation", dla niej Europa to ląd po drugiej stronie kanału, a nie ten sam kontynent. Rozpoczynający się w czwartek szczyt pokaże, czy La Manche to strumyk, który można przeskoczyć, czy potężna, rwąca rzeka niemożliwa do sforsowania.
Agaton Koziński